Paradoksy
Życie samo w sobie jest paradoksem, nadto składa się z rozlicznych pomniejszych paradoksów. Nie jest więc takie dziwne, że i życie teatralne jest utkane z paradoksów.
Oto peryferyjny teatr o szczupłym niekompletnym zespole aktorskim szarpie się na Hamleta, powołując przedstawienie może nie porywające, ale solidne, może w szczegółach dyskusyjne, ale przecież logiczne i mądre.
Oto teatr będący ostatnio na fali bierze rzecz, zdawałoby się, „hitowa”, angażuje interesującego reżysera z nazwiskiem, spodziewamy się może nawet wydarzenia, a powstaje nijakie widowisko, które nas ni ziębi ni grzeje, choć nasycone jest namiętnościami gniewem, ostrymi, konfliktami.
Oto w teatrze bez aktorskich gwiazd, debiutancka sztuka na dosyć przeciętnym poziomie, przeciętnie zagrana — wywołuje nieprzeciętne zgoła wrażenie. Paradoksy mogą i powinny dziwić, ale nade wszystko uczyć. Pierwszy z wymienionych zdarzył się w Legnicy, gdzie (gdy zaczynała się walić „druga Polska”) otwarto teatr dramatyczny. To było 10 lat temu.
Dziecię nuworyszy
Dziesięć, lat to jeszcze nie jest prawdziwy jubileusz. Ale rocznica okrągła, warta zauważenia. Legnicki teatr nie przystroił się jednak urodzinowo, raczej pogrzebowo. Na początku grudnia gmach teatru od strony frontowej spowijały żałobne kiry. U wejścia trzymali straż wartownicy w strojach z epoki jeszcze feudalnych błędów i wypaczeń.
Jest Barbórka. W mieście raczej wesoło. A tutaj taki dysonans.
— Kto umarł? — pyta przechodzień.
— Ojciec Hamleta — ktoś przytomnie odpowiada.
— Aha.
W swoje dziesięciolecie legnicki Teatr Dramatyczny wystąpił z premiera Hamleta Jak przystało na teatr zagłębia dał ją 4 grudnia, i zadedykował lubińskim górnikom. Nie wiem, ilu górników uważa ten teatr za swój. Wiem, że ich dzieci bywa ja na widowni częstymi gośćmi. Można też mówić wręcz o zażyłych stosunkach łączących teatr z lubińskim Technikum Górniczym, co, zresztą nie dziwi nikogo, kto poznał nauczyciela Ludwika Gadzickiego. Mało, że sam jest zwariowanym miłośnikiem teatru, to jeszcze jest nim w sposób zaraźliwy — nieraz go spotykałem we Wrocławiu z grupą niedospanych chłopaków, z którymi dojeżdżał na festiwalowe przedstawienia. We Wrocławiu bywa od święta, w Legnicy na co dzień. Zapytany, odpowiada precyzyjnie, że w dniu Barbórki 87 przyprowadził młodzież do teatru po raz trzysta trzeci.
Hamlet otwiera drugie dziesięciolecie. Pierwsze zamknęło się 63 premierami, 2321 spektaklami i liczba 630.450 widzów. Co to praktycznie znaczy? Znaczy 5–7 premier rocznie i widownię podobną do tej, jaką mają porównywalne sceny w Wałbrzychu lub Zielonej Górze. Znaczy to też, że liczącą 309 miejsc widownia jest przeważnie prawie pełna. To rozstrzyga wiele spraw wcześniej budzących wątpliwości. Trzeba bowiem pamiętać, że zarówno narodzinom jak i pierwszym latom egzystencji legnickiego teatru nie towarzyszyła zbytnia sympatia. Był rok 1977. Skończyły się iluzje z początków dekady. Wizja drugiej Polski oddalała się coraz bardziej czego władza jak by nie przyjmowała do wiadomości [fragment nieczytelny] wówczas rządził i technokraci o mentalności nuworyszy. Teatr chyba traktowali jako przedsięwzięcie przydające im splendoru. Brakowało w ich podejściu wyczucia tego, co było samą istotą sprawy. Uważali, że z teatrem jest podobnie jak z pierwszoligową drużyną: jeśli są pieniądze, będzie pierwsza liga — cudów nie ma. W futbolu takich cudów nie ma, w sztuce są.
Wkrótce po oddaniu teatru i całego dużego bloku mieszkalnego na dom aktora i zapewnieniu sporych funduszy na działalność okazało się, że środki materialne pomagają, ale nie rozstrzygają w sztuce. Teatr miał złą reputację w środowisku artystycznym. Tu i ówdzie na centralnych naradach wytykano go jako przykład ambicji bez pokrycia. Sam pamiętam taką sytuację gdy musiałem ostro zaprotestować i tłumaczyć znanemu artyście, iż domagając się likwidacji tej sceny strzela do własnej bramki. Życie teatralne można porównać do grzybni. Im ona rozleglejsza i zasobniejsza, tym gęściej mogą z niej wyrastać okazałe owocniki. Na to by pojawiały się tu i ówdzie teatry o randze Starego w Krakowie czy Dramatycznego w Warszawie trzeba licznych pomniejszych scen prowadzących działalność edukacyjną, pracę organiczną, a także będących swoistym rezerwuarem „artystycznych mocy” niekiedy też inkubatorami, w których rozwijała się indywidualności sceny. Nie można z pozycji szczytu pogardzać tym, co na dole. Gdyby nie było dolin nie byłoby i szczytów, a wyłącznie płaskowyż.
Istotą sprawy nie są różnice artystycznego potencjału w różnych teatrach i nie to, że jedne uchodzą za wybitne, inne za skromne. Istotą sprawy jest, by wszystkie współtworzyły jedną żywą tkankę, system naczyń połączonych, współoddziałujących na siebie. Jest przecież tak że Legnica też pracuje na sukcesy teatrów stolicy a stolica współodpowiada za poziom premier w Legnicy.
Dziś co byśmy krytycznego i złośliwego nie powiedzieli o władcach Legnicy sprzed dziesięciu lat, powołania teatru nie możemy im wyrzucać. Bo ten akurat przyjął się w mieście i dorobił własnej publiczności, odwiedzającej go w niemałym procencie z wyboru (a nie wskutek organizacyjnych zabiegów szkolnych i wycieczkowych łapanek), aczkolwiek do wymarzonego ideału i tutaj jest daleko. Znaczenie tego teatru doceniłem chyba w całe pełni, oglądając tu kiedyś Dziady. Nie było to przedstawienie premierowe, ale któreś z rzędu a na widowni siedzieli ludzie którzy nabyli bilety indywidualnie w kasie. Takiego skupienia publiczności, takiej ciszy, podobnego wstrzymywania oddechów w niektórych chwilach doprawdy dawno w teatrze nie doświadczyłem.
Dziady były największym sukcesem kasowym teatru. 82 spektakle obejrzało prawie 25 tys. widzów. Były też sukcesem artystycznym reżysera i zespołu, a zwłaszcza utalentowanego, młodego aktora Mariana Czerskiego. Józef Jasielski konsekwentnie wprowadza do repertuaru utwory podstawowego kanonu polskiej klasyki i są to jego najlepsze przedstawienia. Bo i Wesele miało dobrą prasę i Nie-Boska komedia uchodzi za dojrzałą, oryginalną wypowiedź artystyczną. Jest naturalnie rzeczą konieczną branie w tym wypadku pewnych poprawek niezbędnych ze względu na skromny niepełny zespół aktorski. Jasielski nie zawsze jest w stanie obsadzić aktora zgodnie z jego dyspozycjami. Osiemnastoosobowy zespół to jeszcze nie zespół, to ledwie mógłby być zaczyn lub rdzeń zespołu aktorskiego w wielu innych polskich teatrach.
Biblia teatru
Wróćmy do 64 premiery na legnickiej scenie. Hamlet jest dramatem dramatów, biblią teatru. W Hamlecie jest wszystko. Hamlet jest zwierciadłem, w którym mogą się oglądać ludzie wszystkich krajów i wszystkich czasów. Zagrać w Hamlecie to pragnienie każdego aktora. Zrealizować Hamleta to pragnienie każdego ambitnego reżysera. Ale też wystawić Hamleta to wyjątkowa odpowiedzialność. Nie wiem, czy istnieje dotkliwsza kieska teatru od marnego, płaskiego, pustego przedstawienia Hamleta.
Powiem od razu, że legnicki Hamlet został zrealizowany z poczuciem odpowiedzialności. Jasielski poszedł za sugestią Kotta, w myśl której Hamlet najpełniejszy to taki, który dochowuje wierności Szekspirowi, a zarazem stara się być możliwie najwspółcześniejszy. Jasielski pragnie zarówno zachować uniwersalia psychologiczne, egzystencjalne, polityczne dramatu, jak i postawić w tym przedstawieniu jakąś diagnozę naszym czasom. Podpisuje się pod szekspirowską, opinią o tym, że scena może być szczególnym odbiciem tego teatru, jakim jest świat i życie człowieka. Znajduje to wyraz w wymownej dekoracji: scena wygląda tak, jakby była lustrzanym odbiciem widowni. A to, co mówi Hamlet do aktorów, że celem teatru jest pokazanie epoce jej własnego obrazu, reżyser zda się traktować jako własne zobowiązanie. I taki obraz konstruuje. Cóż z niego dowiadujemy się?
Hamlet grany przez Jana Karowa nie jest za gorący, jest raczej letni, inteligentny, dosyć pragmatyczny, nawet trochę wycwaniony Nie jest dostosowany do otaczającego go świata, ale umie się stosować do obowiązujących w nim reguł gry Jest to świat, w którym, owszem, mówi się różne wzniosłe słowa, ale pełnia one role raczej dekoracyjna. W tym święcie decyduje i rozstrzyga pieniądz. W ostatecznym rozrachunku wszystko jest do kupienia — to tylko kwestia ceny. Dotyczy to nawet kryształowego z pozoru Horacego, który, być może, jest szpiegiem Fortynbrasa.
Czy taki jest nasz świat? Myślę, że wiele jego prawdziwych rysów rzeczywiście można dostrzec na legnickiej scenie. I uważam to za niewątpliwą wartość przedstawienia.
Przedstawienie premierowe trwało, długo, według mnie za długo. A jednak nie dłużyło mi się. Może dlatego, że właśnie wtedy, gdy mógłbym być zniecierpliwiony, „złapało” w trzeciej części właściwy rytm, Publiczność — odniosłem wrażenie — była w pełni usatysfakcjonowaną. W drugim akcie wyróżniła ona brawami przy otwartej kurtynie Bożenę Perłowską, odtwórczynię roli Ofelii. Z przyjemnością przyłączyłem się do tej owacji.
Williams nie Szekspir
Zmarły niedawno amerykański dramaturg Tennessee Williams Szekspirem nie jest, ale w ostatnim ćwierćwieczu grywano go w świecie nieomal tak często, jak autora Hamleta. Działo się tak mimo tego, że niektórzy krytycy wytykali — i nie bez racji — jego sztukom pewnego rodzaju „jednowymiarowość”. Cóż znaczy taki lub inny zarzut, wobec faktu, że Williams potrafił pisać znakomite role, mistrzowskie dialogi, a nade wszystko — trafiać w bardzo wrażliwy (i bolesny) nerw swoich czasów. Powiedział coś prawdziwego i poruszającego o zjawiskach wyobcowania, osamotnienia, zaburzeniach komunikacji międzyludzkiej w naszej wspaniałej epoce.
Przed wielu laty oglądając jako student we Wrocławiu, jego Tramwaj zwany pożądaniem przeżyłem wstrząs. Oczekiwałem teraz przynajmniej poruszenia jako widz Kotki na rozgrzanym od słońca blaszanym dachu w Teatrze Współczesnym. Nic takiego się nie zdarzyło, a nawet cokolwiek się znudziłem. Zastanawiam się do dziś dlaczego tak się stało.
Najpierw szukałem winy u reżysera Janusza Kijowskiego, który z niejaką przesadą i dyskusyjnym skutkiem przeszczepia pewne filmowe środki na plan teatralny. Potem przeniosłem pretensje na wykonawców, albowiem większość ról wypada chyba znacznie poniżej możliwości występujących aktorów i szans, jakie daje tekst. Właściwie to postać naprawdę z tej sztuki stworzył chyba jedynie Jan Prochyra. Inni się starali, ale jakby nie czuli w pełni williamsowskiego tworzywa.
Odniosłem wrażenie, że gdyby reżyser miał szczęśliwsze pomysły, a aktorzy więcej weny, to i tak pozostałbym dzisiaj obojętny wobec Kotki. Coś się zdarzyło w świecie, dużo się zdarzyło u nas. I nasza wrażliwość uległa pewnemu przestrojeniu. Williams już nie trafia w nerw naszego czasu. Williams Szekspirem nie jest, popyt na niego podlega więc wahaniom. Wrocławski teatr zdaje się źle trafił i to wydaje się podstawowa przyczyna tego niepowodzenia.
Coś z niczego
A w „Kalamburze” odbyła się mało wyrafinowana premiera debiutanckiej sztuki Edwarda Bogdańskiego pt.: Syci w reżyserii Andrzeja Czernego. Bogdański to już na pewno nie tylko nie jest Szekspirem, ale też nie jest Williamsem, ani… Właściwie to w literaturze i w teatrze jest jeszcze nikim.
I ten Edward — Nikt — Bogdański napisał kilka scen na trzech aktorów, muchę, małżeńskie łoże, telewizor oraz stół z kapuśniakiem i wódą. Sceny te przedstawiają małżeństwo oraz bliskiego członka rodziny w ich szarej — mimo że akcja toczy się w niedzielny dzień — codzienności. Odsłaniają jakby rdzeń tej egzystencji: jej fizjologie i psychologię.
Mimo że Edward — Nikt — Bogdański nie wypowiada w swej sztuce prawd nadzwyczaj odkrywczych, ani też nie przybierają one na ocenie niezwykłego kształtu, a może właśnie — paradoksalnie — dlatego przedstawienie to czegoś w nas dotyka, coś w nas porusza coś wcale nie tak banalnie jak by się wydawało — mówi — coś odsłania.
Jeżeli czasami (lub stale) hasło „byt” wyzwala u ciebie taki ciąg skojarzeń jak: …kierat — znużenie — nuda” jeżeli „przyjemności” i „radości” twoje codzienne to „sen — żarcie — wóda”, a …życie umysłowe” kojarzysz z „telewizją” to masz szanse znaleźć w tym przedstawieniu parę bodźców do przemyśleń Jeżeli takich skojarzeń nie masz — to przedstawienie także może cię zainspirować do paru zaskakujących odkryć.
Doprawdy, teatr to zagadkowa dziedzina sztuki i życia.
Teatr Dramatyczny w Legnicy: William Szekspir Hamlet w przekładzie Jerzego S. Sity. Inscenizacja i reżyseria: Józef Jasielski. Scenografia: Marek Jan Tomasik. Choreografia: Juliusz Stańda. Muzyka: Jerzy Kuś. Premiera 4 grudnia 1987.
Teatr Współczesny we Wrocławiu: Tennessee Williams: Kotka na rozgrzanym od słońca blaszanym dachu w przekładzie Kazimierza Piotrowskiego. Adaptacja i reżyseria: Janusz Kijowski. Scenografia: Grażyna Fołtyn-Kasprzak. Premiera 2 stycznia 1988.
Ośrodek Teatru Otwartego „Kalambur”: Edward Bogdański: Syci. Reżyseria: Andrzej Czerny. Scenografia: Małgorzata Treutler. Muzyka: Zbigniew Piotrowski. Ruch sceniczny: Ewa Czekalska. Premiera w styczniu 1988.