Głos z widowni. „Hiob”
Z kilku powodów zapowiadało się bardzo interesująco. A to dlatego, że osiem lat temu przedstawienie zrobiło na widzach duże wrażenie, że piękny przekład Czesława Miłosza, że adaptacji i reżyserii podjął się jeden z najzdolniejszych w Polsce reżyserów teatralnych młodego (ciągle jeszcze) pokolenia. W końcu, że biblijne przypowieści i tematy zawsze były i są wdzięcznym tworzywem dla artystów.
Przyciągała również obsada aktorska — najlepsi w teatrze. Nic więc dziwnego, że widownia, przeniesiona tym razem na scenę, zapełniona była szczelnie. Swoistego smaku tej premierze dodała obecność księży.
Wczoraj wieczorem w Teatrze „Wybrzeże” odbyła się premiera Hioba według Księgi Hioba, w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Babickiego; dramatu o cierpieniu, nadziei, wierności człowieka postawionego w sytuacji próby.
Hiob, bohater biblijnej Księgi Hioba, największego dramatu poetycko-filozoficznego Starego Testamentu żył w dostatku i szczęściu. Dla wypróbowania jego pobożności Bóg pozwolił Szatanowi poddać go wielkiej próbie.
Pozbawiony dzieci i całego mienia, dotknięty trądem, mimo szyderczych rad żony, wątpliwych pocieszeń przyjaciół, mimo rozpaczy, pozostaje wierny Bogu. Hiob nie wątpi w swoją dobrą wolę i sprawiedliwość Boga. Z próby wychodzi zwycięsko. W nagrodę odzyskuje zdrowie, majątek, obdarzony zostaje nowym potomstwem. Wreszcie umiera, dożywszy stu czterdziestu lat „stary i syty dni”.
Oczywiście wielce dramaty kuszą reżyserów, są wyzwaniem dla aktorów. Krzysztof Babicki, raz osiągnąwszy sukces, sięgnął po ten sam dramat ponownie. Zagrali w prawie całym tym samym składzie: Jerzy Kiszkis jako Hiob, Halina Winiarska — w roli żony Hioba, Krzysztof Matuszewski (Pan), Stanisław Dąbrowski (Szatan), Sławomira Kozieniec (Anioł). W rolach pocieszycieli: Adam Kazimierz Trela (Elifaz), Jerzy Dąbrowski (Bildad), Jerzy Łapiński (Sofar). Wreszcie Stanisław Michalski — Elihu.
Ujmując rzecz najkrócej — wydaje się, że tym razem wytrawny reżyser zapomina o prawach sceny. Przedstawienie rozpada się na poszczególne „wejścia” aktorów, porozdzielane fragmentami muzyki, zamienia w celebrę pozbawioną tempa. „Pocieszyciele” podają tekst z jakąś nieznośną manierą. To, co mówią jest mało zrozumiale, chwilami wręcz zamienia się w bełkot. Sławomira Kozieniec zupełnie nie radzi sobie ze śpiewem; momentami brzmi to żenująco. Jerzy Kiszkis poza kilkoma znakomitymi fragmentami ma też i takie, w których zarówno publiczność jak i on sam — przestają cokolwiek rozumieć.
Moim zdaniem, zdecydowanie najlepsi są; Stanisław Dąbrowski — ironiczny i do końca nie godzący się z przegraną Szatana, Stanisław Michalski w małej, lecz dopracowanej, czytelnej roli Elihu, wreszcie Halina Winiarska — prawie bez słów, cierpiąca aż do obłąkania żona Hioba.
Jest więc kilka dobrych ról, kilka dobrych scen. Nie wystarcza to jednak, by przyciągnąć uwagę widza, skłonić go do refleksji. Eksperymentowanie z formą zaciera treść. Zakończenie przyjęte jest z ulgą, oklaski — kurtuazyjne.
Dodam jeszcze, że z tym właśnie przedstawieniem Teatr „Wybrzeże” wybiera się na dwutygodniowe tournée do Francji. Bon voyage.